Pięć minut od Dworca Głównego

Sienkiewicza 12. Ten warszawski adres wpływał na losy Polaków i Niemców, żołnierzy Wehrmachtu i Armii Krajowej. Mieszcząca się pod nim restauracja miała zapewnić sukces jej przedwojennemu właścicielowi. To jednak jego okupacyjny następca zrobił z niej jedno najmodniejszych miejsc rozrywki dla żołnierzy Wehrmachtu w całej okupowanej Europie. Dzięki zgromadzonym w lokalu zapasom żywności najsłynniejsze małżeństwo Powstania Warszawskiego miało czym podjąć gości weselnych. Z kolei ekslibris z trzymanej w nim książki był impulsem do przeprowadzenia po obu stronach granicy kwerendy. To pozwoliło odtworzyć historię miejsca, które nosiło kolejno nazwy: „Pod Wiechą”, „Pod Srebrną Różą” oraz „Silberne Rose”.

Rafał Skórski   

 

Przebudowany, powstańczy ostaniec w którym dzisiaj mieści się siedziba banku PKO BP przed wojną był wizytówką ulicy Marszałkowskiej. Wzniesiono go jako Dom Towarzystwa Ubezpieczeń „Rossya” w latach 1898–1899 według projektu Władysława Marconiego, który przerobił konkursowy koncept architektów Piotra Brukalskiego i Ottona Gehliga. Budynek stanął na działce pod adresem Marszałkowska 124/128, róg Sienkiewicza 12/14, róg Moniuszki 9/11. Mazowiecki Wojewódzki Konserwator Zabytków prof. dr hab. Jakub Lewicki podkreśla, że gmach ten był przykładem luksusowej kamienicy wielkomiejskiej, o czym świadczy zachowana do czasów współczesnych klatka schodowa o kunsztownej dekoracji (w 2019 r. została ona wpisana do rejestru zabytków). – Poszczególne jej elementy zostały wykonane z materiałów wysokiej jakości, a kute ręcznie balustrady opracowano w znanej warszawskiej Fabryce Wyrobów Żelaznych, Konstrukcji i Ornamentów „H. Zieleziński”, w której przygotowano m.in. ogrodzenie pomnika Adama Mickiewicza odsłoniętego w grudniu 1898 r. Warto wspomnieć o jej przemyślanym układzie funkcjonalnym, starannym doborze materiałów oraz kompozycji wnętrza, nadających dosyć prostej, dwubiegowej klatce schodowej monumentalny charakter, opracowaniu marmurowych stopni, indywidualnym potraktowaniu wypełnień przęseł balustrady czy formie ażurowych słupków flankujących półpiętro westybulu – wylicza prof. dr hab. Jakub Lewicki. Po likwidacji w 1936 r. Towarzystwa Ubezpieczeń „Rossya” gmach został zakupiony przez Pocztową Kasę Oszczędności. 

 

Gabinety i sala do „zebrań towarzyskich”

Na parterze budynku funkcjonowały zmieniające się na przestrzeni lat placówki handlowe i lokale usługowe. Wśród tych działajacych pod adresem Sienkiewicza 12/14 warto wymienić np. sklep zakładów technicznych Era czy sklep sprzedający radia Kosmos (ich neony były zainstalowane na frontonie gmachu) oraz restaurację. Pierwszą znaną z nazwy był „Bar Pod Wiechą” założony prawdopodobnie w latach 20-tych XX w. przez Stanisława Szymańskiego i Władysława Koniecznego. Początkowo rzeczywiście był barem by następnie przekształcić się w pełnoprawny lokal gastronomiczny z filią przy Al. Jerozolimskich 32. Restauracja zapewniała także możliwość korzystania z gabinetów (z wejściem od ul. Moniuszki 9) oraz sali „do zebrań towarzyskich”. Na pierwszej stronie „Kurjera Warszawskiego” z 6 października 1931 r. kuchnia „Baru Pod Wiechą” reklamowana była jako „znana ze swej dobroci”. Ceny dań głównych zaczynały się wówczas od 1 zł 20 gr. Niespełna cztery lata później obiad złożony z trzech dań kosztował dwa złote. Oprócz potraw ekspresowych i bufetowych „Bar Pod Wiechą” miał także menu a la carte. Można w nim było znaleźć m.in. zupę rakową, zapiekany kokil z mózgu, lina po nelsońsku, befsztyk Komirowski czy perliczkę z czerwoną sałatą. Uzupełnienie karty stanowiły polskie i zagraniczne alkohole. Warto zaznaczyć, że goście „Pod Wiechą” mogli jeść i pić aż do czwartej rano. W zbiorach Biblioteki Narodowej w Warszawie zachowały się ulotki reklamowe lokalu oraz menu imprezy sylwestrowej z 31 grudnia 1933 r. Właściciele restauracji nie zawsze uczciwie rozliczali się z personelem czego dowodem są akta spraw przeciwko Szymańskiemu i Koniecznemu jakie w latach 1931-32 toczyły się w Sądzie Pracy w Częstochowie z powództwa Adama Maroszka i Józefa Marciniaka. Pierwszy domagał się zaległej zapłaty w wysokości 157 zł 50 gr, a drugi 250 zł. 

 

Neon symbolem luksusu

Wraz z przejęciem w 1936 r. przez Pocztową Kasę Oszczędności gmachu dawnego Domu Towarzystwa Ubezpieczeń „Rossya” właściciela zmieniła też restauracja. Niestety nazwisko nowego pozostaje nieznane. Adres Sienkiewicza 12 miał odmienić jego życie za sprawą stworzenia pod nim ekskluzywnego lokalu „Pod Srebrną Różą”. Miejsce w panteonie stołecznych restauratorów miała mu zapewnić nie tylko gastronomia na najwyższym poziomie, ale także aranżacja wnętrza i wejścia do lokalu. Symbolem czekającego na gości luksusu był zaprojektowany w 1937 r. neon. Jak czytamy w książce Jarosława Zielińskiego pt. „Neony: ulotny ornament warszawskiej nocy” ten „skomplikowany semafor przy Sienkiewicza 12 miał pierwszy wyraz złożony ze świecących na czerwono neonowych rurek, który od góry doczepiono do łamanego szyldu. Na nim znalazły się pozostałe wyrazy (litery także czerwone), z wyjątkiem słowa „srebrną”, które (świecąc na biało) gięło się ukośnie wzdłuż zielonej łodygi rzeczonej róży. Sam kwiat wykonano z malowanej na srebrno blachy, zapewne cynkowej”. W tym samym roku na elewacji gmachu przy Sienkiewicza 12 zamontowano także neon wspomnianego sklepu radiowego „Radio Kosmos”. Prosperity właściciela „Pod Srebrną Różą” trwało jednak zaledwie kilkanaście miesięcy. Kres jego biznesowym planom położył wybuch wojny i wkroczenie Niemców do Warszawy. Zatrudniona w antykwariacie, który mieścił się w księgarni „Gebethnera i Wolffa” (ul. Sienkiewicza 9, róg ul. Zgoda 12) Halina Pfeiffer wspominała, że „w czasie okupacji zmuszono go do zmiany nazwy na „Silberne Rose”. Restaurator mógł dzięki temu jednak znowu przyjmować gości, zarówno Polaków, jak i Niemców. 

„Pod Różę” na jednego głębszego

Ponowne otwarcie lokalu jeszcze pod koniec 1939 r. nie było niczym wyjątkowym. Historyk Tomasz Szarota w książce pt. „Życie codzienne w stolicach okupowanej Europy” wskazuje bowiem właśnie na „niesłychanie szybki wzrost zakładanych w Warszawie lokali gastronomicznych”. Z jego wyliczeń dokonanych na postawie książek telefonicznych wynika, że wg stanu na dzień 15 sierpnia 1940 r. w stolicy działało już 61 barów i 26 restauracji. Dwa lata później ich liczba zwiększyła się aż sześciokrotnie! Halina Pfeiffer zapamiętała, że po przemianowaniu na „Silberne Rose” restauracja nie cieszyła się już dobrą sławą. Jednak z powodu bliskiego położenia księgarze z „Gebethnera i Wolffa” często tam zaglądali. Firmowa plotka głosiła, że jeden z nich wstępował prawie codziennie „pod Różę” na jednego głębszego. Pewnego dnia inny pracownik księgarni Stanisław Tarkowski zaprosił kolegów do „Silberne Rose” na „zakrapiany” obiad. Prawdopodobnie byli tam z nim: Leon Stępniewski, Wacław Mrozowski, Karol Wołczyński i Piotr Hniedziewicz. W swoich wspomnieniach zatytułowanych „Jak zostałam księgarzem” Halina Pfeiffer pisze, że „pan Piotr już wówczas nie kierował księgarnią Arcta na Nowym Świecie, gdyż był (…) poszukiwany przez Niemców. Zajął się więc kolportażem książek i broszur zabronionych przez okupanta oraz prasy konspiracyjnej. Chodził z wielką teczką wypchaną okropnie niebezpiecznym na owe czasy „towarem”. Tym razem też przybył ze swą grubą teką, którą postawił na podłodze, blisko swoich nóg. Gdy towarzystwo było już po paru kieliszkach, rozbawione i beztrosko rozgadane, niespodziewanie weszło kilku Niemców w zielonych mundurach jakoby na kontrolę. Na szczęście nikogo nie legitymowali. Biesiadnicy na chwilę jakby zamarli. Porozumieli się oczyma i zaczęli rozmawiać z humorem, udając pijanych. Pan Piotr na chwilę zbladł, zaczął głośno coś opowiadać, a niepostrzeżenie nogą przesunął swą tekę głębiej pod stół. Robili wrażenie już mocno podchmielonych. Gdy Niemcy podeszli do ich stolika spytali co to za uroczystość. Któryś z księgarzy znający dobrze język niemiecki powiedział, że właśnie obchodzą „Geburtstag” czyli urodziny kolegi i wskazał na Tarkowskiego, który był już siwiejący. Pan Stanisław zaraz dodał – „Fünfzig Jahre” (pięćdziesiąt lat) – choć dopiero miał czterdziestkę. Koledzy podnieśli kieliszki w jego stronę i chórem zawołali: „Twoje zdrowie Stachu! I dalej prowadzili ożywioną rozmowę, nie zwracając uwagi na „zielonych”. Kiedy Niemcy w końcu wyszli, całe towarzystwo odetchnęło głęboko”. Rok 1940 r. przyniósł kres zarówno takim imprezom jak i biznesowi przedwojennego właściciela restauracji „Pod Srebrną Różą”. Lokal został bowiem przejęty przez Niemca stając się jednocześnie miejscem „Nur für Deutsche”.

Jeden z najmodniejszych lokali okupowanej Europy

Restauracja przy ul. Sienkiewicza 12 przemianowanej przez okupantów na Sienkiewitschstrasse odmieniła także losy jej nowego właściciela, którym został Franz Bialek. W monografii pt. „Pleasure and Power in Nazi Germany” autorstwa Pameli E. Swett, Corey Ross i Fabrice d’Almeidy czytamy, że szybko stała się ona jednym z najpopularniejszych lokali przeznaczonych dla niemieckich żołnierzy w całej okupowanej Europie. Dokładnych informacji kim był Franz Bialek i jak znalazł się w Warszawie niestety nie ma. Dziennikarz i varsavianista Rafał Jabłoński w książce pt. „Stołeczne opowieści z niepamięci… wydobyte” przypomina, że już „pod koniec 1939 r. do miasta zaczęli przybywać niemieccy urzędnicy m.in ze Śląska i Pomorza”. Być może wśród nich był także Bialek. Inna opcja to, że człowiek ten na polecenie okupacyjnych władz przejmował pieczę nad polskimi przedsiębiorstwami z różnych branż. Franz Bialek figuruje bowiem w dokumencie „Amts blatt des Regierungsprasidenten in Kattowitz” z 19 kwietnia 1941 r. jako tymczasowy zarządca skonfiskowanej na rzecz Rzeszy Niemieckiej wadowickiej firmy St. Froncz i Mgr. Cz. Lisko (jej współwłaściciel Czesław Lisko był wcześniej naczelnikiem miejscowego urzędu skarbowego, w randze porucznika walczył w Kampanii Wrześniowej, został zamordowany w Katyniu). Autorzy „Pleasure and Power in Nazi Germany” podkreślają, że to właśnie niemieccy koloniści dbali o rozrywkę we wszystkich najmodniejszych klubach nocnych i restauracjach w okupowanej Europie wymieniając przy okazji ich nazwy. I tak w Paryżu były to „Maxim” i „Grand Hotel”, w Krakowie „Krakau Haus”, a w Warszawie restauracje „Bachus” i właśnie „Silberne Rose”. Franz Bialek wyraźnie akcentował fakt, że jest właścicielem lokalu przy Sienkiewitschstrasse 12, która to ulica w 1941 r. znów zmieniła nazwę, tym razem na Neuheustrasse, a dwa lata później na Künstlerstrasse. Taką informację zawierały reklamy restauracji regularnie publikowane w niemieckojęzycznej prasie i przewodnikach po mieście, jak prezentowany na zdjęciach „Führer durch Warschau”. Również stojące na półkach w „Silberne Rose” książki miały pieczątkę o niepozostawiającej watpliwości treści: „Deutsche Gaststätte Silberne Rose, Warschau, Künstlerstr. 12, Inh. Franz Bialek”. Takie postępowanie mogło wynikać z próżności Bialka lub z faktu, że jego nazwisko było kojarzone przez Niemców co mogło przyciągać ich do lokalu. Albo z obu tych powodów. 

 

 

Nowy niemiecki „pożondek”

Napływający do stolicy od końca 1939 r. niemieccy urzędnicy i cywilni zarządcy często znali język polski. Jednak jak pisze Rafał Jabłoński „nie potrafiąc wymówić „ę” czy też „ą” kaleczyli niemiłosiernie mowę, wymawiając słowa twardo – na przykład „pożondek”. Jak ze znajomością polskiego było u Franza Bialka trudno powiedzieć, ale fakt że w jednym z oficjalnych rejestrów został ujęty jako Białek może wskazywać, że jeśli jego nazwiska nie spolszczyła sporządzająca dokument osoba to w takim polskim brzmieniu podał je sam właściciel „Silberne Rose”. To z kolei świadczyłoby, że Bialek nie był jednak Niemcem lecz volksdeutschem (volksdeutsche także prowadzili w Warszawie restauracje; najbardziej znanym był Józef Staszauer, który na zlecenie gestapo otworzył przy ul. Mazowieckiej 2 lokal „Za kotarą”). Wspomniany dokument to „Spis rachunków żyrowych według stanu z 28 lutego 1941 r.” wydany drukiem przez działający pod nadzorem niemieckim Bank Emisyjny w Polsce. Jak czytamy w we wstępie do tej publikacji „obrót żyrowy służy do łatwego, szybkiego i w zasadzie bezpłatnego dokonywania wpłat i wypłat bezgotówkowych (…) przeznaczony jest dla tych wszystkich warstw ludności, które wykazują odpowiednie obroty pieniężne. Dlatego też w obrocie żyrowym w Banku Emisyjnym w Polsce biorą udział, prócz urzędów i innych instytucyj publicznych, przede wszystkim firmy handlowe i przemysłowe, kupcy, właściciele przedsiębiorstw, pod nazwą firmy lub też osobiście pod własnym nazwiskiem, następnie zaś związki, jak również i osoby prywatne.” W spisie tych ostatnich w mieście Warschau figuruje właśnie Franz Białek. Wobec faktu, że wszystkie oddziały Banku Emisyjnego w Polsce bezpośrednio ze sobą współpracowały, czas realizacji przekazu do miejsca przeznaczenia z reguły nie przekraczał jednego dnia, a przy przekazach telegraficznych nawet kilku godzin. Możliwość dokonywania takich szybkich operacji finansowych zwiększa prawdopodobieństwo, że Franz Białek vel Bialek mógł prowadzić interesy zarówno w Warszawie jak i Wadowicach czy innych miejscowościach w Generalnym Gubernatorstwie. Franz Bialek widnieje także w kolejnych dokumentach z okresu okupacji – w rejestrze handlowym z miejscowości Langendorf (obecnie Wielowieś) oraz na liście osób zamordowanych w Auschwitz jednak w obu tych przypadkach jest to tylko zbieżność imienia i nazwiska. 

„Ciepłe jedzenie” i „dobre drinki”

Restauracja Bialka we wspomnianych niemieckojęzycznych periodykach i prasie reklamowała się na wszelkie możliwe sposoby. „Gdzie jest najlepiej w Warszawie? W Silberne Rose!”, można było przeczytać w jednym z takich anonsów. Czytelników kuszono faktem, że lokal znajduje się zaledwie „pięć minut od Dworca Głównego” oraz że oferuje „ciepłe jedzenie” i „dobre drinki”. W 1940 r. restauracja była czynna do północy, ale w kolejnych latach godziny otwarcia zmieniono na 12-21. Wynikało to z tego, że odwiedzający miejsca „Nur für Deutsche” żołnierze nieustannie łamali zakazy i po wypiciu w nich kilku głębszych, nie przejmując się ewentualnymi konsekwencjami przenosili się do polskich lokali. „Silberne Rose” była doskonale zaopatrzona w produkty wysokiej jakości. Główną jej klientelę stanowili urlopowicze z frontu przybywający do stolicy często na kilka tygodni. Jak pisze w książce pt. „Od konsumpcji do konspiracji czyli warszawskie lokale gastronomiczne 1939-1944” Anna Strzeżek „to oni przede wszystkim korzystali z rozrywek jakie oferowała dawna stolica Polski. Szukali towarzystwa kobiet, alkoholu i jedzenia, różniącego się od niejadalnych przyfrontowych papek. Wszystko za odpowiednią cenę było dostępne w lokalach gastronomicznych.” Wizyta na Künstlerstrasse 12 odmieniała na chwilę przede wszystkim życie żołnierzy z frontu wschodniego. Pozwalała im bowiem zapomnieć o grozie walk toczonych na terenie Związku Sowieckiego. Stolica była dla nich „pierwszym miejscem, gdzie mogą znowu do woli uraczyć się piwem, piją go więc w ogromnych ilościach”, odnotował Franz Blatter w swoich wspomnieniach zatytułowanych „Warszawa 1942. Zapiski szofera szwajcarskiej misji lekarskiej”. Dlatego właśnie by ich od razu po minięciu tablicy z napisem „Warschau” zaciągnąć do „Silberne Rose” w reklamach lokalu pojawiały się wspomniane slogany „pięć minut od Dworca Głównego” czy „dobre drinki”. Powrót klientów do restauracji miała z kolei zapewnić muzyka rozrywkowa. Tu należy dodać, że „Silberne Rose” wpływała też na losy muzyków. 8 marca 1940 r. ukazało się zarządzenie generalnego gubernatora Hansa Franka, które informowało iż „każdy kto na obszarze Generalnego Gubernatorstwa jest czynnym publicznie w dziedzinie muzyki, sztuk plastycznych, teatru, filmu, piśmiennictwa, prasy i fotografii, podlega nadzorowi Wydziału Oświaty Ludowej i Propagandy (…) Bezrobotnych polskich aktorów śpiewaków i artystów należy zatrudnić w dozwolonych imprezach, aby powstrzymać koła intelektualistów od konspiracji politycznych… Wspólne występy artystów polskich i niemieckich są zabronione.” Podziemie wezwało do bojkotu tego zarządzenia o czym szerzej można przeczytać w monografii pt. „Dzieje muzyki polskiej”. Niektórzy artyści decydowali się jednak na pracę w lokalach „Nur für Deutsche”. Jak czytamy w jednej z reklam „Silberne Rose” rozrywkę zapewniała w niej orkiestra Fr. Gierłowskiego. Nazwiska tego próżno szukać wśród muzyków wystepujących przed wojną i podczas okupacji. Być może był to ktoś kto ze względów osobistych lub finansowych zdecydował się pracować dla Niemców, ale z obaw przed ostracyzmem czy zemstą podziemia robił to pod przybranym nazwiskiem.

 

Siwka zjedli, jak już nic innego nie było

Koniec lokalu „Nur für Deutsche” przy Künstlerstrasse 12 nastąpił wraz z wybuchem Powstania Warszawskiego. Losy Franza Bialka pozostają nieznane, w przeciwieństwie do restauracji którą prowadził. Przejęta przez bojowców Armii Krajowej z Kompanii Ochrony Sztabu „Koszta” przeistoczyła się w żołnierską gospodę (tego typu miejsca zorganizowano także w innych pobliskich w lokalach gastronomicznych m.in. przy ul. Moniuszki i Kruczej, a także w w kinie Palladium przy ul. Złotej). Jako „peżetka” (członkini organizacji Pomoc Żołnierzowi, której celem była opieka nad AK-owcami) pracowała w niej m.in. pisarka Irena Jurgielewiczowa „Jurga”. W „Silberne Rose” pozostały duże zapasy produktów spożywczych co jak wspomina Tadeusz Rupniewski (ps. „Sęk”, „Tygrys”) w pierwszych dniach militarnego zrywu pozwalało przyrządzać treściwe posiłki dla jego uczestników. – Od strony ulicy Sienkiewicza była ta „Silberne Rose”w takich suterynach. Była tam sala restauracyjna, była kuchnia olbrzymia, „peżetki” przyrządzały jedzenie. Myśmy mieli nawet kartki na śniadania, obiady i kolacje. W pierwszych dniach nic nam nie brakowało. Później było znacznie gorzej – przyznaje Tadeusz Rupniewski na nagraniu zarejestrowanym w Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego. Oba te okresy – sytości i głodu – doskonale pamiętał też Andrzej Osmólski „Leszek”. – W barze „Pod Srebrną Różą” było niezłe wyżywienie. Stał tam na podwórzu śliczny siwek, którego potem zjedliśmy, jak już nic innego nie było – przyznał powstaniec. Tadeusz Rupniewski zapamiętał także, że w „Silberne Rose” były aparaty radiowe. – Z początku żeśmy słuchali radia normalnie z Londynu. Denerwowały nas te stale nadawane chorały „Z dymem pożarów…” – dodaje „Sęk”. Restauracja pełniała jednak nie tylko rolę gospody żołnierskiej, ale także powstańczej kwatery. – Były tam loże, podwójne siedzenie, ławka wybita jakimś materiałem, notośmy tam spali – wspominał Sławomir Wołkowicz „Stefan”. 

Przyjęcie weselne z restauracyjnych zapasów

„Silberne Rose” na stałe w historii Powstania Warszawskiego zapisała się jednak dzięki najsłynniejszemu, bo uwiecznionemu na filmie przez operatorów Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK oraz na zdjęciach przez Eugeniusza Lokajskiego „Broka”, ślubowi Lilli i Billa. 13 sierpnia 1944 r. Alicja Treutler „Jarmuz” i Bolesław Biega „Pałąk” zawarli w kaplicy szpitala polowego przy ul. Moniuszki 11 związek małżeński. Pan młody przebywał w nim czasowo ze względu na ranę odniesioną podczas natarcia na Pocztę Główną. – Miałem całą rękę w gipsie. Nienajgorzej się czułem, ale oczywiście bolało. Żona lekarza który mnie operował Mieczysława Vitaliego – Rysia, chciała nam dać ich obrączki, ale odmówiłem. Użyliśmy w ich zastępstwie kółek od firanek. Od kogoś dostałem mundur, bo byłem po cywilnemu, tylko z opaską. Jakoś mnie na ślub w niego ubrali, rękaw rozcięli, żeby porządnie wyglądało – wspominał Bill Biega. Potem na ostatecznie zdobytej przez powstańców Poczcie Głównej odbyło się przyjęcie weselne. Gościom serwowano portugalskie sardynki, francuskie pasztety oraz biszkopty. Pochodziły one jak przyznał podczas swojej wizyty w Polsce w 2014 r. Bill Biega właśnie z zapasów restauracji „Silberne Rose”. Uzupełnienie weselnego poczęstunku stanowiły zdobyte na Niemcach angielskie papierosy i francuskie wina. Małżonkowie przeżyli powstanie i po wojnie wyjechali do Stanów Zjednoczonych. „Lilii” zmarła we wrześniu 2019 r. Miesiąc wcześniej świętowali z Billem 75 rocznicę swojego powstańczego ślubu. 

 

Papiery na wagę złota

W wyniku walk i bombardowań z przełomu sierpnia i września 1944 r. gmach w którym mieściła się „Silberne Rose” został częściowo uszkodzony i wypalony. Miejsce to nadal jednak wpływało na losy powstańców. Tak było w przypadku Anny Żylicz ps. „Katrin”, która wraz z towarzyszkami spała w kwaterze mieszczącej się w piwnicy pod kuchnią restauracji. „Był w niej skład papierów, mniejszych i większych arkuszy z napisem „Silberne Rose”, porozkładanych na półkach. Na tych półkach i papierach, zrobiłyśmy sobie „łóżka”. „S-lawa” i ja spałyśmy na wyższej półce, „Isia” i „Maja” pod nami. Dalej spały łączniczki, a w głębi dużego pomieszczenia chłopaki z „Koszty”, pisała w swoich wspomnieniach. Opuszczając tą kwaterę „Katrin” wzięła ze sobą kilka małych notesików i bloczków z firmowym napisem „Silberne Rose” o czym wspominała w dalszej części swojej relacji. „Papier przez całą wojnę był na wagę złota, wiec teraz nie mogłam się powstrzymać, żeby zaopatrzyć się w materiały piśmienne, bo może się przydadzą”. I się przydały – po kapitulacji Powstania, w obozie jenieckim Stalag IV B Muelberg, jego filii w Zeithain i oflagu IX C w Molsdorf bei Erfurt. W tym ostatnim Anna Żylicz spotkała znajome z walk w Warszawie. W jednym baraku mieszkała z nią wspomniana już „peżetka” z lokalu na Sienkiewicza 12, pisarka Irena Jurgielewiczowa. „Moje notesiki i karteluszki z „Silberne Rose” bardzo się przydały na robienie notatek, bo brak papieru w obozie był powszechny (..,) Znalazłam na takiej karteczce parę imion dziewcząt z którymi byłam w tymże obozie, gdzie zapisałam również ich numery jenieckie”, relacjonowała w dalszej części wspomnień „Katrin”, Wszystkie te sporządzone na restauracyjnych bloczkach notatki zachowała w prywatnym archiwum. Także inni powstańcy wykorzystywali papeterię z „Silberne Rose” do prowadzenia korespondencji. W zbiorach Muzeum Powstania Warszawskiego znajduje się datowany na 4 sierpnia 1944 r. list zaadresowany do Joli (łączniczka Hanna Dembowska ps. „Jola”), napisany przez por. Romana Rozmiłowskiego ps. „Zawada” z kompanii „Koszta”, a przeniesiony przez łączniczkę o pseudonimie „Marcela” z ul. Moniuszki na Żytnią. „Papiery” z „Silberne Rose” miały wpływ także na losy autora tego tekstu. W 2013 r. znalazłem w skupie makulatury książkę Tomasza Manna pt. „Die Forderung des Tages” z widniejącą na wyklejce pieczątką tejże restauracji pełniącą funkcję ekslibrisu. Nazwa, adres i dane właściciela lokalu zaintrygowały mnie tym bardziej, że Mann widniał na liście pisarzy zakazanych w Trzeciej Rzeszy. Franz Bialek zapewne o tym nie wiedział skoro zdecydował się umieścić eseje noblisty na ogólnodostępnej półce w restauracji. Zacząłem badać historię „Silberne Rose” i innych lokali mieszczących się pod adresem Sienkiewicza 12. Szukałem związanych z nimi informacji,  dokumentów, pamiątek i fotografii. Niniejszy artykuł jest efektem tych poszukiwań, a zdjęcia z „Silberne Rose” odnalezione w Bad Salzuflen w Nadrenii Północnej-Westfalii są w nim po raz pierwszy prezentowane publicznie.